bookmark_borderWarto zaczekać chwilę

Nie wiem czy jeszcze ktoś pamięta ogromną rozróbę przed nowym rokiem. Chodzi mi o rozróbę na temat leków refundowanych. Ja pamiętam. Ponieważ jestem zainteresowany – szczególnie sprawą refundacji „gadżetów” przeznaczonych do leczenia cukrzycy. Pamiętam, że dzisiejszy szef wiadomości oznajmiał – straszył, że paski do glukometrów – te refundowane – będą kosztowały 16 zł. Że to skandal, że niektóre nie będą refundowane i trzeba będzie zmieniać glukometry. A przecież przyzwyczailiśmy się do tego, że korzystamy ze swoich ulubionych. I stwierdzał za nas, że tak nie może być!

Żona i teść namawiali mnie abym „załatwił” receptę na paski zanim przyjdzie nowy rok i zmienią się przepisy – bo co się stanie jak pasków nie będzie i jeszcze będą kosztowały mnóstwo pieniędzy?

Stwierdziłem, że zaczekamy. Musimy się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi. Czy to prawda i czy przypadkiem nie jest to wojna producentów z ministerstwem określającym listę leków refundowanych?

Ministerstwo w bieżącym roku postawiło warunek musi być taniej albo nowocześniej. Jeżeli nie – nie można się znaleźć na liście leków refundowanych.

Każdy z nas idąc na zakupy też kupuje najlepsze rzeczy za odpowiadającą nam cenę. Jeśli nie da się tego osiągnąć produkt wylatuje z listy zakupów. Jeśli ktoś nam usiłuje sprzedać produkt mało nowoczesny za duże pieniądze mówimy dziękuję i idziemy do innego sklepu.

Jak się okazało paski z glukometrów, które używaliśmy wypadły z listy refundacji, a inne kosztują, w naszym przepadku trzy złote z groszami. Sprawdziłem ceny glukometrów na Allegro i w aptekach i oscylują one w okolicach 20 do 400 zł, a do większości da się kupić refundowane paski.

Z listy refundacji pasków wypadły największe firmy kontrolujące prawie 70% rynku. Refundacja pasków w 2010 kosztowała skarb państwa około 560 mln złotych, a więc największe firmy otrzymały około 390 mln. Po nowym roku nie zarobiły nic z refundacji.

Zwykle w trakcie kontrolnej wizyty w Warszawie prosimy o receptę wystarczającą na 3 miesiące – tak, aby wystarczyło nam leków do następnej wizyty. Tak, aby nie jeździć jeszcze raz do poradni, ani też nie niepokoić naszego lekarza rodzinnego. Najbliższą wizytę mamy w marcu.

Ponieważ jak już pisałem w marcu mamy wizytę kontrolną to właśnie prasa doniosła, że paski z najpopularniejszych glukometrów, a więc także naszych, wracają na listę refundacji za trzy złote i kilkadziesiąt groszy. A więc nie straciliśmy nic.

I tutaj przychodzą na myśl dwa stare porzekadła ludowe:

  1. Do firm farmaceutycznych: Trzeba jeść mała łyżką – dużą można się zachłystnąć.
  2. Do nas samych: Co nagle to po diable – zanim coś zrobisz chwilę się zastanów jutro postąpisz inaczej.

     

    Marcin Łobko

bookmark_borderZimowo – wiosenny miszmasz

W Żurominie posłowie Platformy Obywatelskiej z północnego Mazowsza otworzyli biuro. Brawo dla osób, które zorganizowały to wspólne przedsięwzięcie. W Płońsku pomimo starań żaden z posłów (no może poza Julią Piterą) nie chce biura. Nawet Pani minister rodem z Płońska nie chciała się spotkać z członkami i sympatykami PO. Za to na PSL i SLD znalazła już czas. Pani minister znalazła czas na otwarcie nowej hali sportowej, a nie znalazła czasu na odwiedzenie 200 metrów dalej leżącego lodowiska sponsorowanego ze środków jej ministerstwa. Szkoda i przykro mi. Dzieje się tak chyba dlatego, że w Płońsku PO jeszcze wygrywa więc nie trzeba chyba się już starać, a w Żurominie Platforma przegrywa więc biura są niezbędne. Nawiasem mówiąc ostatnio odbywała się demonstracja przeciwko ACTA w Płońsku podobno przed siedzibą PO w tym mieście. Demonstrującym chciałbym przekazać, że PO nie ma w Płońsku żadnej siedziby więc jak się okazało demonstrowali przed naszą redakcją . Gratulujemy zwłaszcza miejscowym demonstrującym „mediom”” dobrych” informacji.

W Żurominie nie ma sądu więc zaoszczędzono mu szopki z jego obroną. W Płońsku sąd jest więc powstał komitet jego obrony w związku z planowana reformą. Sądy będą łączone tak aby sędziowie mogli być bardziej mobilni. Będą sądzić w Ciechanowie, Płońsku i jeszcze kliku miastach. Nie będzie już sądu rejonowego w Płońsku będzie większy rejon z centralą w Ciechanowie. W Płońsku natomiast nadal będą się odbywać rozprawy, zniknie szyld z nazwą Płońsk i zawiśnie z nazwą Ciechanów. Sąd wieczystoksięgowy zostanie. Nie ma czego bronić – chyba, że stanowiska prezesa sądu w Płońsku.

Julia Pitera przyjechała bronić decyzji, a poseł Kalisz jest jej przeciwny – pewnie jak we wszystkich innych miastach, w których od czasu do czasu bywa.

Póki co zima daje się we znaki i jak nie minus 20 stopni mrozu to śnieżyce i zawieje. Po przedwczorajszej jeździe samochodem stwierdzam, że mrozy jednak nie były takie straszne. Jedźcie ostrożnie po naszych nieodśnieżonych drogach.

Jednak na szczęście wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zbliża się wiosna. Podobno widziano już wracające kaczki, dzień jest już dłuższy o 2 godziny i 9 minut od najkrótszego w roku; kije golfowe z Allegro przyszły i czekają aż pole golfowe się zazieleni i nawet gazeta Nasze 7 Dni Żuromin wraca w zmienionej eksperymentalnej formie. Jak widzicie wiosna nadchodzi wielkimi krokami. Może więc i postrzeganie rzeczywistości wraz z powrotem zielonego się zmieni.

bookmark_borderCar pooling

Kiedy kupowałem swój pierwszy samochód i pierwszy raz tankowałem do niego gaz – kosztował on 1,4 zł. za litr, a benzyna 95 kosztowała około 3 złotych i 80 groszy. Bak gazu i 10 litrów benzyny kosztował mnie mniej niż 80 zł. Dzisiaj lpg kosztuje 2,85 zł., a zatankowanie 10 litrów paliwa i 58 litrów gazu to koszt ponad 230 złotych. Gaz podrożał o 100%, a benzyna o 65%. Wprawdzie bak na gaz mam dzisiaj większy, ale i tak obiektywnie można stwierdzić, że ceny paliw dają się nam we znaki. I niestety nie zanosi się na ich obniżenie.

Co tydzień przejeżdżam 500 km, a co miesiąc 2000 dojeżdżając do pracy. Nie licząc przejazdu na zakupy, do kina, czy do teściów. Początkowo liczyłem, że dojazdy do pracy kosztują mnie jakieś 480 do 500 zł miesięcznie. To była cena do zaakceptowania. Jednak w listopadzie wartość faktur za tankowanie przekroczyła 1200 zł. To zdecydowanie za dużo. Wydawało się, że nie da się nic zrobić bo nawet moja firma, ta do której dojeżdżam i gdzie pracuję, powoduje wzrost ceny o kilka groszy na litrze benzyny.

Jak się na szczęście okazało – nie była to sytuacja bez wyjścia. Przecież jest jeszcze carpooling! Carpooling , jak podaje Wikipedia, to forma podróżowania, która polega na udostępnianiu wolnego miejsca we własnym samochodzie lub korzystania z wolnego miejsca w samochodzie innego użytkownika. Kierowcy i pasażerowie umawiający się na carpooling dzielą się kosztami przejazdu, na które składają się przede wszystkim koszty paliwa, ale także np. opłaty za parking, przejazd autostradą czy wypożyczenie samochodu.

Słyszałem o tym kiedyś, myślałem, że to jakaś fanaberia. Podwożenie się z domu do pracy 3 kilometry daje niewiele oszczędności.

My z koleżanką z pracy rozwiązaliśmy to tak, że jeden tydzień jeżdżę ja następny ona i tak na zmianę. I trzeba przyznać życie staje się znośniejsze, kiedy tankowanie jest tańsze o ponad połowę! I znów kosztuje około 600 zł. Niestety do czasu gdy zagotuje się woda w chłodnicy w 20 stopniowym mrozie w moim prawie nowym chińskim terowym samochodzie i zerwie się linka od klamki od otwierania maski samochodu. Na szczęście (chyba ktoś tam na górze nade mną czuwa) zagotowanie się chłodnicy oznaczało tylko brak w niej płynu, a linka tylko się odczepiła!

bookmark_borderPacta ACTA

Prawdziwi Anonymus przed siedzibą Scientologów w Los Angeles - zdjęcie wikipedia.pl

Nareszcie przyszła zima. Wprawdzie kolega Arkadiusz, ten od golfa, twierdzi, że zaraz się skończy. Ale ja w to nie wierzę … chyba i na to mogę się zgodzić, że za chwilę po krótkiej zimie szybko nastanie długie, upalne lato. Chociaż już teraz w kraju jest gorąco, a wszystko za sprawą ACTA.

Cóż to takiego ta ACTA, że anonimowi cracerzy (Anonymus Polad) „musieli” zaatakować strony internetowe premiera, prezydenta, rządu, MSZ-tu i wielu innych. Jak sobie przypominam terroryści też zawsze mówią, że nie mają wyjścia i muszą zaatakować ponieważ muszą się bronić. A i jeszcze jedno cracerzy z Anonymus Poland mają tyle wspólnego z crackerami z międzynarodowej grupy Anonymus, (która nie tak dawno temu zaatakowała m.in. playstation newtoks i kościół scjentologiczny) co demokracja z demokracją socjalistyczną. Niby to samo, ale różnica jednak była i to znacząca.

A o co chodzi z tą ACTA? Dlaczego te protesty? I dodam, że tylko w Polsce?
ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) to umowa międzynarodowa – handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrobionymi między Unią Europejską i jej Państwami Członkowskimi, Australią, Kanadą, Japonią, Republiką Korei, Meksykańskimi Stanami Zjednoczonymi, Królestwem Marokańskim, Nową Zelandią, Republiką Singapuru, Konfederacją Szwajcarską i Stanami Zjednoczonymi Ameryki.
Ma ona na celu ustanowienie kompleksowych międzynarodowych ram, które będą dla UE pomocą w działaniach służących temu, by skutecznie wyeliminować naruszanie praw własności intelektualnej. Uznając, że piractwo przyczynia się do spadku wzrostu gospodarczego.
Jednocześnie w treści ACTA pisze się, że jest porozumieniem zrównoważonym, gdyż w pełni respektuje prawa obywateli i interesy ważnych zainteresowanych stron, takich jak konsumenci, dostawcy usług internetowych i partnerzy z krajów rozwijających się. W ACTA nigdy nie planowano zmiany dorobku prawnego UE ani harmonizacji prawodawstwa UE w zakresie dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej w postępowaniu karnym.
Kontrowersje wśród protestujących wzbudzają przepisy sekcji 5 ACTA – dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej w środowisku cyfrowym. Chociaż umowa wyraźnie zaznacza, że procedury będą stosowane w sposób, który pozwala uniknąć tworzenia barier dla zgodnej z prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz zachowuje podstawowe zasady, takie jak wolność słowa, sprawiedliwy proces i prywatność zgodnie z prawodawstwem stron umowy, a protestujący widzą w tym możliwość zwiększenia inwigilacji oraz odcięcia od informacji w internecie jak również ograniczenia wolności słowa.
Ja przeczytałem ACTA i jestem ciekaw, który z protestujących dzieciaków przeczytał ten projekt umowy? Z wypowiedzi, które słuchałem w radio i telewizji chyba żaden. Wiem dlaczego w Polsce czyta się mało – ponad 56% społeczeństwa nie czyta wcale, a jak przekonują badania międzynarodowych organizacji PISA (Międzynarodowego Programu Oceny Umiejętności Uczniów) i OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) blisko 40% Polaków nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30% rodaków rozumie, ale w niewielkim stopniu. Kliknąć „Lubię to” na Facebooku jest o wiele prościej. I tutaj wyrażam nadzieję, że ktoś moje felietony czyta i mam nadzieję, że ze zrozumieniem! Ale to temat na inny felieton.
Pełny tekst ACTA tutaj

bookmark_borderLubię gotować

Miałem o tym nie pisać, ale muszę.

Początek roku. W telewizji podwyżki na wszystko. W rzeczywistości różnie bywa. Raz są raz ich nie ma. Dziennikarze wiedzą wszystko: co podrożeje i o ile. Twierdzą, że będą to rekordowe podwyżki. Skąd oni to wiedzą? W gospodarce wolnorynkowej? To jak wróżenie z fusów. A każdy wie, że wróżenie to „ściema”.

Szczytem było wyliczanie przed nowym rokiem ile będą kosztowały paski do glukometrów dla cukrzyków. Wiadomości TVP stwierdziły, że będą kosztowały 16 zł z refundacją. A kosztują 3,2. Nikt nie sprostował, nikt nie przeprosił. Takiego straszenia jak przed nowym rokiem to dawno nie słyszałem.

Dla równowagi GUS podał, że w III kwartale 2011 r. średnia pensja wzrosła o 6,6%. Takiej skokowej podwyżki nie było od 3 lat.

Ale dosyć już tego. Czasami lepiej wcisnąć czerwony guzik na pilocie, aby nie słuchać bzdur lub włączyć swoją ulubioną płytę.

Ja natomiast oprócz płyty idę do kuchni i coś wymyślam. Robię to wprawdzie tylko w weekendy, ale i tak to lubię. W tym tygodniu chciałem zrobić amerykańskie donaty z różowym lukrem i posypką, domową czekoladę i bezglutenowe kajzerki. Niestety nie udało mi się zrobić kajzerek – zapomniałem kupić drożdży. Będą później. Czekolada wyszła doskonała, a donaty jak w amerykańskim filmie.

Czas spędzony w kuchni daje wielką satysfakcję, a co najważniejsze przygotowane smakołyki dają radość całej rodzinie. I mnie święty spokój. Czego i Państwu życzę. A przepisy będziemy publikować sukcesywnie – bez obaw są sprawdzone – nie tak jak niektóre newsy.

bookmark_borderCoraz bliżej święta

Kilka lat temu po wigilii przy rozdawaniu prezentów mój wówczas 4 letni syn po otrzymaniu jednego z nich zakrzyknął: Hura! Byłem grzeczny. Chwilę później otrzymał kilka innych, ale radość w jego wykonaniu, z tego, że był grzeczny i że za to otrzymał prezent – bezcenna – nie do opłacenia żadną znaną karta płatniczą.

Co do płatności to przed nami jeszcze zakupy według ustalonej z teściową listy potraw wigilijno świątecznych. Wigilia lekko mieszana mazowiecko – wschodnia – z dodatkiem specjałów z mojego rodzinnego regionu. Obowiązkowa kutia. Bez niej wigilia i święta się nie liczą – bo kto ile zje maku, orzechów i innych specjałów z kutii tyle pieniędzy przyniesie nowy – wkrótce nadchodzący rok.

Kutia obecnie jest przyrządzana na białostocczyźnie, podobno na Śląsku, Białorusi, Litwie, i Ukrainie. Jada się ją na wigilię i jest bardzo prosta do wykonania, a w mojej opinii także bardzo smaczna.

Aby przyrządzić kutię należy przygotować ok. 150 g. pszenicy (obłuskanej) lub tyle samo pęczaku (łatwiejszego do zdobycia), tyle samo mak, miód do smaku, rodzynki, orzechy i inne bakalie jak migdały, można także dodać kandyzowaną skórkę pomarańczy. Niekiedy dodaje się do kutii śmietanki, ale w moim regionie wystarczyło mleko wydzielane z mielonego maku. Pszenicę lub pęczak ugotować, następnie zmieszać ze zmielonym, sparzonym, makiem, miodem i resztą dodatków. W smaku powinna być bardzo słodka.

Kutię jada się od razu po podzieleniu się opłatkiem.

I taka też będzie w tym roku. Zjem ją z przyjemnością.

Jako drugie moje ulubione danie na stole znajdzie się karp – myślę że będzie smażony. Tylko trzeba pamiętać aby go bardzo dobrze umyć bo rzeczywiście może śmierdzieć mułem.

Dodatkowo na stół zostaną podane barszcz czerwony, specjalność mojej teściowej – kapuśniaki, ryba po grecku, łazanki z makiem, wędzone pstrągi, śledziki – zapewnie korzenne i chleb wieloziarnisty pieczony na zakwasie mojego teścia. Moja dieta zapewne runie w gruzach, ale wigilia jest raz w roku.

A po wigilii Mikołaj – zjeżdża się duża rodzina, ze sporą gromadka dzieci – więc radości będzie co niemiara. Ja po cichu liczę, że może Mikołaj podrzuci mi kilka kijów golfowych (moja najnowsza pasja) lub drugą część gry DJHero (nie spełniona pasja) i jeszcze klika książek – z te z ubiegłego roku przeczytałem wszystkie – chodź lista nieprzeczytanych niewiele się skróciła.

A państwo czy w tym roku byli grzeczni? Ja mam nadzieję, że raczej tak J

bookmark_borderNie wierzę w pomoc społeczną

Nie wierzę pomoc społeczną bo uważam, że trafia nie do tych, którzy potrzebują tylko po polsku „zaradnych”. Jestem daleki od twierdzenia, że po pomoc do ośrodka pomocy społecznej w Płońsku lub Żurominie przejeżdżą ludzie w mercedesach 600, bo raczej tak nie jest, a moje doświadczenia wskazują, że ci najbiedniejsi raczej mają problem ze zdobyciem pomocy.

Nigdy nie dostałem, dodatku rodzinnego, nigdy nie dostałem zapomogi, a kiedy byłem na bezrobociu nie otrzymałem kuroniówki. A był taki czas, że bardzo tego potrzebowałem. I nie udało się. Bo termin, bo za duże zarobki w latach poprzednich, bo nie należy się …

Dwa razy w życiu prosiłem o pomoc swego pracodawcy bo los tak zrządził, że potrzebna mi była gotówka na wydatki zdrowotne. Nie dostałem. Ale nie narzekam. I paradoksalnie chociaż nie dostałem pomocy w formie gotówki pomoc jednak przyszła – trzeba było pójść po rozum do głowy. To dało mi impuls do działania. Udało mi się zmienić pracodawcę i zobaczyć, że ten poprzedni chociaż dobry nie był idealny.

Ale dosyć o mnie.

Uważam, że nasze państwo i samorządy nie zdają egzaminu z pomocy. Chociaż mam wątpliwości czy to państwo lub samorząd powinien być opiekuńczy? W rozwiniętych krajach do których my aspirujemy to organizacje pozarządowe świadczą pomoc dla najbardziej potrzebujących. W Polsce też działają podobne organizacje – chociażby Caristas czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Te dobrze i prężnie działające organizacje jednak wszystkiego nie załatwiają.

Państwo i samorządy nie zdają egzaminu nie dlatego, że ludzie źle pracują – bo wierzę, że jednak robią swoja robotę jak najlepiej, ale nie zdają egzaminu dlatego, że system jest zły. System rozdawania pieniędzy – a nie pomocy społecznej.

Chodzi mi konkretnie o rodziców wychowujących niepełnosprawne dziecko. Taki rodzic może otrzymać 420 zł (pod warunkiem, że nie zarabia się więcej niż ok. 580 zł na członka rodziny) plus zasiłek pielęgnacyjny 153 zł (zasiłek dla każdego z orzeczeniem o niepełnosprawności). Jeden z rodziców nie może w ogóle pracować. A więc robi się z rodzica kalekę, bo zdrowy człowiek nie może pracować i siedzi – przepraszam opiekuje się dzieckiem za pięćset kilkadziesiąt złotych. Nie da się za to przeżyć. Jeżeli ten rodzic opiekuje się dzieckiem kilkanaście – dzisiąt lat. Nigdy nie wejdzie na rynek pracy i po odejściu dziecka stanie się klientem – ofiarą systemu pomocy społecznej.

Postuluję o utworzenie świetlic opieki dziennej dla chorych – niepełnosprawnych dzieci. Gdzie będzie zapewniona opieka chociażby za pieniądze z pomocy społecznej, a rodzic w tym czasie będzie mógł spróbować odpocząć od codziennego „kieratu” opieki nad dzieckiem, wypocząć psychicznie i spróbować znaleźć inne zajęcie – najprawdopodobniej zarobkowe. Aby później nie być dozgonnym klientem systemu pomocy.

Nigdy nie przeżyłem sytuacji opisanej powyżej, chociaż bywało bardzo ciężko, a ci których znam wiedzą o czym mówię – piszę. Dzisiaj wiem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a na moją rodzinę zawsze mogę liczyć. I, że nie gotówka jest najważniejsza. Paradoksalnie muszę stwierdzić, że największą pomoc otrzymałem od negatywnie zweryfikowanego esbeka – który pomimo swojej niechlubnej przeszłości zachował się jak porządny człowiek.

bookmark_borderFortuna, limuzyny i kultowe marki

Olsztyńska Gazeta wyborcza informuje, że: „Urząd Marszałkowski tnie etaty, a na limuzyny uciułał. Na początku roku urząd kupił zupełnie nowego, bogato wyposażonego forda mondeo. Ford mondeo kosztował przeszło 113 tys. zł.”

Aby pozostać w tematyce motoryzacyjnej dziennik.pl przekazuje „Sensacyjne wieści! Na scenę wraca prawdziwa legenda polskiego przemysłu. Dzięki temu, że na terenie dawnej fabryki samochodów ruszy produkcja odrodzi się słynna marka…” Będzie to ciągnik Ursus.

Ten sam dziennik.pl donosi, że Gwiazda serialu TVN domaga się fortuny. Magda Kumorek żąda za każdy dzień zdjęciowy …. 10 tys. zł., a wcześniej zarabiała 8 tys. zł.

Żyjemy w kraju, w którym urzędnicy jeżdżą luksusowymi limuzynami. Odradzają się legendarne marki motoryzacyjne, a aktorzy żądają fortun za swoje role. Takich luksusowych czasów doczekaliśmy…

Żyjemy w kraju, gdzie luksusowymi nazywa się zupełnie zwykłe samochody, bo limuzyna to raczej samochód taki jak Audi A8, BMW serii 7, Cadillac DTS, Jaguar XJ, Lexus LS, Mercedes klasy S, Volkswagen Phaeton – nie Ford Mondeo – nawet bogato wyposażony.

Ford mondeo kosztuje 113 tys., a piszący o nim dziennikarz twierdzi, że to limuzyna. Niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego bardzo drogich maszyn – nawet rolniczych nikt nie nazywa luksusowymi? Każdy z ciągników Ursus kosztuje 110 – 125 tys. To musi być luksus. Ursusów w tym roku ma być wyprodukowanych 50 sztuk. I zapewne będą produkowane ręcznie jak Maybach 62.

Maybach to legenda. A Ursus? Może piszącemu pomylił się quasi mitycznym sienkiewiczowski Ursus z ciągnikiem?

Może, ktoś z Państwa wie dlaczego przeciętni aktorzy grający w trochę lepszych filmach nazywani są gwiazdami? A 10 tysięcy dla piszącego „dziennikarza” to fortuna? Fortunę – 18 miliardów zł w gotówce zapłacił Zygmunt Solorz za Polkomtela operatora sieci komórkowej Plus, a Eva Longoria zarobiła w jednym roku w jednym serialu 13 mln USD. Prawdopodobnie gaża 10 tys. zł za dzień zdjęciowy to standard, bo Borys Szyc grający w tym samym serialu dostaje 25 tys. zł za dzień.

Reasumując w latach 80 ubiegłego wieku luksusem był papier toaletowy lub cytrusy w sklepach, a mój katecheta opowiadał anegdotę o tym, że jawną niesprawiedliwością i niestosownością jest, że on jeździ Volkswagenem Golfem Standard, a ksiądz proboszcz limuzyną – Trabantem Sedan Limousine. Niewiele dalej zaszliśmy – przynajmniej w mediach.

bookmark_borderPełnomocnictwo – a co to?

W normalnym kraju normą jest, że sprawy administracyjne załatwia się przez internet lub korespondencyjnie. Jak nie mogę czegoś załatwić osobiście proszę kogoś o przysługę i wystawiam pełnomocnictwo. Taki sposób załatwiania sprawy przewiduje Kodeks postępowania administracyjnego z 14 czerwca 1960 r. (piszę to, aby wskazać, że kodeks ma 50 lat)

Strona może działać przez pełnomocnika, chyba, że charakter czynności wymaga jej osobistego działania. Pełnomocnictwo powinno być udzielone na piśmie lub zgłoszone do protokołu. W sprawach mniejszej wagi organ administracji publicznej może nie żądać pełnomocnictwa, jeśli pełnomocnikiem jest członek najbliższej rodziny lub domownik strony, a nie ma wątpliwości, co do istnienia i zakresu upoważnienia do występowania w imieniu strony. To kilka przepisów, które ułatwiają życie. Nikt nie wymaga szczególnego sposobu udzielenia pełnomocnictwa. Żadnych urzędników przy podpisie, żadnych notariuszy. I to wydaje się oczywiste dla przeciętnego obywatela naszego kraju, dla niektórych urzędników nie.

Do czego zmierzam? W Żurominie przez pełnomocnika nie da się zarejestrować samochodu, a w Płońsku i owszem.

Kilka lat temu moja żona kupiła samochód za granicą – Daewoo Leganza – cudo, wspaniały, duży, limuzyna. Aż chciało się wsiadać do środka. Trzeba było załatwić sprawy celne – to zajęło kilka godzin. Aby zarejestrować samochód i nie robić zbędnych kilometrów dla złożenia kilku papierków żona udzieliła pełnomocnictwa swojemu tacie – czyli osobie najbliższej. Efekt korzystania z dobrodziejstw KPA był taki, że i tak trzeba było przyjechać do „Pana Urzędnika”, bo „Pan Urzędnik” kazał przyjechać gdyż „Pan Urzędnik” nie wyda efektów swojej pracy bo …. „Pan Urzędnik” jest „Pan” i nie musi znać jakichś tam duperelowatych przepisów KPA – nie ma na to czasu – taki zapieprz. Liczy się widzimisię „Pan Urzędnika”. To petent ma przyjechać do biurka „Pana Urzędnika” marnując czas i pieniądze. Przypomnę tylko, że „Pan Urzędnik” pensję ma płaconą z naszych podatków. Więc płacimy podwójnie.

W Żurominie pełnomocnictwo trzeba zrobić notarialnie, czyli ma kosztować kilkadziesiąt złotych zamiast kilkunastu (podatek od czynności cywilnoprawnych) lub pojechać do urzędnika i podpisać przy urzędniku pełnomocnictwo co już wyraźnie zaprzecza zamierzeniu, że nie chcemy jeździć do urzędu.

Ostateczny efekt tej potyczki z „Panem Urzędnikiem” był taki, że moja żona zameldowała się w Płońsku, a Żuromin stracił podatnika.

W Płońsku formalności rejestracyjne przez pełnomocnika trwały godzinę, ba nawet krócej bo od 15.00 do 15.45. Za co serdecznie dziękuję.

bookmark_borderPieniądze szczęścia nie dają, ale pomagają

13 lat temu kiedy jeszcze studiowałem byłem asystentem społecznym ministra Arkuszewskiego. Do biura prowadzonego przez posła w Białymstoku przyszła zapłakana matka. Poprosiła o interwencję. Jej prośby nie docierały do żadnego z urzędników, policjantów, sędziów czy prokuratorów. Samotnie wychowywała synów – bliźniaków. Jeden z nich zginął. Został przygnieciony przez samochód, który zjechał na niego z podjazdu, kiedy ten poszedł otworzyć drzwi do garażu. Widziałem zdjęcia z miejsca wypadku, widziałem zdjęcia nieżyjącego, widziałem pisma, protokoły oględzin i wysłuchałem opowiadania matki. I uwierzyłem. Jej syn nie mógł zginąć na tak krótkim podjeździe, przygnieciony samochodem, samochód nie mógł tak stać kiedy zjeżdżał po skosie z podjazdu, nie nabrałby takiej prędkości aby zabić prawie dorosłego młodzieńca. Wysłuchałem też informacji o tym jak policja „zabezpieczyła” teren , jak brat tej kobiety, a jednocześnie jej sąsiad szybko spalił wszystkie ubrania jej nieżyjącego syna. Z okoliczności wynikało, że rodzeństwo żyło jak przysłowiowy pies z kotem, kobieta usiłowała rozbudować bliźniak w którym mieszała, a jej syn zginął w dniu gdy przywiózł pustaki do domu. Wszystkie instancje prokuratury umarzały postępowanie pomimo ekspertyz wskazujących, że obrażenia nieżyjącego syna nie mogły powstać w skutek wypadku opisanego wyżej. Opinii profesora Rzeplińskiego – wtedy sekretarza Komitetu Helsińskiego w Polsce, specjalizującego się w dziedzinie kryminologii, prawie karnym i prawach człowieka. Wspólnie z kolegami przekazaliśmy informacje posłowi, wysłaliśmy zapytania do prokuratury, wkrótce po tym zacząłem pracować w Warszawie. Po 12 latach wracając samochodem z Płocka do domu usłyszałem w radio, że minister Kwiatkowski wznowił nadzwyczajnie jakieś postępowanie, które dotyczyło śmierci młodego człowieka, o które to wznowienie walczyła matka. Po kilku minutach skojarzyłem sobie później opisane szczegóły ze sprawą, w której pomagałem. Matka od 12 lat usiłowała wyjaśnić sprawę i przez 12 lat żaden z urzędników nie pomógł jej załatwić sprawy. Może dlatego, że nie była nikim znaczącym, że nie miała pieniędzy tylko żyła z niewielkiej renty. Przeżyłem prawdziwy szok.
Mój szok jest jeszcze większy, kiedy zestawię sprawę porwania syna jednego z biznesmenów z branży mięsnej mającego zakłady pod Płockiem. Nie mniej bulwersującą sprawą porwania i śmierci jego syna zajął się Sejm powołując komisję śledczą. Ani jedna ani druga sprawa nie znalazła jeszcze swojego finału. Myślę jednak, że heroiczna walka matki o sprawiedliwość za śmierć jej syna byłaby łatwiejsza gdyby tak jak ten biznesmen miała pieniądze.